Przepraszam Was za długą nieobecność, ale nieszczęścia chodzą parami. Nie dość, że nawalił komputer, to jeszcze aparat odmówił posłuszeństwa. I o ile komp odżył nieco, tak aparat dalej martwy, więc dzisiejsza notka będzie bez fotek, przynajmniej chwilowo.
Czasami jest tak, że jak chcemy zrobić coś fajnego to nam nie wychodzi. A
jak jest nam już wszystko jedno, to coś fajnego robi się samo, często
przypadkiem. Tak też było z moim preparatem do demakijażu.
Dawno
dawno temu używałam tylko tego, co było reklamowane w tv. Nie miałam
pojęcia o życiu, o składnikach kosmetyków tym bardziej. Używałam wielu
płynów (mleczek nie lubię) i doszłam do wniosku, że poza ceną niewiele
się różnią, więc wybrałam wariant oszczędny - dwufazową Ziaję.
Współpraca układała się nieźle, dopóki płyn nie wysuszył na wiór skóry
wokół oczu. I to wysuszył tak, że naskórek schodził płatkami. Wtedy
zaczęłam się ratować oliwą z oliwek. Skóra doszła do siebie, ale w
pewnym momencie zaczął mi przeszkadzać ten tłusty film, jaki zostawiała.
No i w końcu porzuciłam oliwę na rzecz sklepowego demakijażysty (powrót do przeszłości). Ale że
lubię eksperymentować, to czasem robiłam skoki w bok na rzecz mojej
mieszanki do OCM - odrobinę tego na płatek kosmetyczny i bach na oko.
Jednak z uwagi na gęstość preparatu trzeba było trzeć, co skutkowało
gubieniem rzęs. Więc znowu pokornie wróciłam do kupionego płynu. I tak
go sobie używałam do momentu, kiedy moja droga
Dark_lady przysłała
mi paczuszki z odlewką oleju z orzecha włoskiego, na który miałam
straszną ochotę :) (dziękuję Ci bardzo, Kochana :*)
Starej
mieszanki miałam resztkę, ale koniecznie chciałam wypróbować nowy olej.
Więc postanowiłam dodać jakiś emulgator do tej resztki i zmywać tym
twarz, takie pseudo OCM na szybko. Trochę lecytyny HLB 7 plątało mi się
po szafkach, więc sypnęłam nieco do olejowej mieszanki (rycynowy,
słonecznikowy i lniany), dolałam trochę wody, wstrząsnęłam i .... tak
sobie stało jakiś czas. Któregoś dnia, podczas wieczornych rytuałów,
buteleczka z emulsją rzuciła mi się w oczy. Nic się nie rozwarstwiło, co
było dla mnie niespodzianką, bo w kręceniu czegokolwiek z półproduktów
jestem zupełnie zielona. A po pierwszym użyciu zakochałam się bez
pamięci. Emulsja rozpuszcza tusz (niewodoodporny) i eyeliner
(wodoodporny) w kilka sekund, a co najważniejsze bez tarcia. Przykładam
wacik, chwilkę trzymam, dwa razy delikatnie przecieram skórę powiek i, makijażu nie ma.
Plusy tej emulsji:
- nie uczula i nie podrażnia
- nie wysusza
- bardzo dobrze znywa makijaż (nie wiem jak sobie radzi z,wodoodporym tuszem, kiedyś spróbuję i dam znać)
- nie powoduje efektu widzenia przez mgłę
- nie pozostawia tłustej warstwy
Jestem
bardzo zadowolona z tego mojego dziwadła, niech ktoś obeznany w temacie
się wypowie, czy nie popełniłam jakiegoś karygodnego błędu.
A Wy czym zmywacie makeup?