czwartek, 2 sierpnia 2012

Aukcje Agapeanimali - razem możemy na prawdę wiele

Kochane moje, przepraszam za nieobecność, ale nie mam chwilowo czym robić zdjęć. Stary aparat odmówił posługi, nowy zakupiony dopiero dziś. Obiecuję, że już niebawem pojawi się typowo kosmetyczna notka, a dzisiaj tak na szybko.

Serdecznie Was zapraszam do brania udziału w aukcjach kosmetyków, dochód ze sprzedaży zostanie przekazany na pomoc kociakom, które bardzo, bardzo potrzebują naszego wsparcia. Razem możemy na prawdę dużo, pomóżmy tym, którzy sami nie zawsze potrafią się obronić przed złem tego świata. Akcja organizowana przez naszą kochaną Siempre-la-belleza oraz fundację Agapeanimali. Kochani jesteście wielcy, dzięki Wam świat z dnia na dzień staje się lepszy :)

www.agapeanimali.org   
Wszystkie aukcje znajdziecie TUTAJ :)

Buziaki :*

sobota, 21 lipca 2012

Niekosmetycznie: kocia historia cz.1 + małe kosmetyczne zakupy

 Uff, ciężki tydzień za mną. Praca, firma plus choroba moich kociaków skutecznie pochłonęły mój czas. Bo jak niektóre z Was wiedzą, jestem straszną kociarą. Jedno takie futrzaste, ale bardzo chorowite cudo mam w domu (o nim powstanie oddzielny post) i kilka cudów stacjonujących na terenie firmy TeŻeta. Jakiś miesiąc temu przybłąkał się do nas półdziki kot, bardzo wychudzony i zaniedbany. Od tego czasu walczymy o niego, do nas się już przyzwyczaił, pozwala się wziąć na ręce, je za trzech i nawet nabrał trochę ciałka. Jednak w niedzielę wieczorem kocur przyszedł na kolację z okiem w fatalnym stanie, bałam się, że to koci katar i że w najlepszym przypadku kot straci oko, a w najgorszym życie. Transport do lekarza to zbyt duży stres, w jego stanie mógłby wyrządzić więcej szkody niż pożytku. Postanowiliśmy pojechać do naszej Pani Doktor ze zdjęciem chorego oka z nadzieją, ze nam pomoże. I jak zwykle pomogła. Konieczne było podanie leków w zastrzyku, ale kot na widok obcych wpada w panikę, więc przeszłam szybkie przeszkolenie i to ja bawiłam się w doktora. Na szczęście Młody dzielnie zniósł wszystkie zabiegi, trochę się denerwuje przy zakrapianiu oczka, ale i tak jest cudowny. Póki co boi się zamkniętej przestrzeni, po przeniesieniu do biura nie czuł się komfortowo, był dość nerwowy i kombinował którędy można najszybciej się ulotnić. Ale mam nadzieję, że uda nam się go przyzwyczaić i najpóźniej jesienią zamieszka z nami. Trzymajcie kciuki :) a oto i Brown



A teraz wracamy do spraw natury kosmetycznej. Udało mi się nawiązać pierwszą współpracę z firmą BingoSpa. Jestem z niej bardzo zadowolona, fajne kosmetyki plus jasne i przejrzyste zasady współpracy - to lubię.

W paczce, która do mnie przyszła, znajdowały się:
Collagen bath milk with aloe vera & arnica - płyn do kąpieli
Silk pure - żel do mycia twarzy i szyi
Jedwabne serum do mycia włosów
Próbki kremu na rozstępy i cellulit
List

To, że kosmetyków byłam ciekawa i nie rozczarowałam się to jedno. A druga sprawa to list. List podpisany OSOBISCIE, odręcznie przez Pana Jacka. Cóż, niby drobiazg, ale przecież normą jest, że Pani Sekretarka pisze pismo, wkleja zeskanowany podpis prezesa, drukuj 200 kopii i gotowe. A BingoSpa pozytywnie mnie zaskoczyło, moim zdaniem to miły gest pokazujący klientowi szacunek i podkreślający indywidualne podejście. To tyle zachwytów, kosmetyki się testują więc niedługo możecie spodziewać się recenzji.

Kolejną, tym razem już ostatnią sprawą są moje mini zakupy. Po przeczytaniu wpisu Belli poczułam się skuszona. W prawdzie planowałam zakup Seche Vite czyli top coatu, ale w sumie i baza by się przydała, a na stronie orlybeauty.pl promocja... Tym sposobem w moje łapki trafił zestaw 3 miniproduktów firmy Orly: Primetime odtłuszczajacy i zakwaszający płytkę, Bonder czyli baza i Polishield czyli utwardzacz, nabłyszczacz i wysuszacz lakieru w jednym. Zobaczymy jak będzie się rozwijał nasz romans.


Miałyście któreś z tych produktów? Co o nich myślicie?

niedziela, 8 lipca 2012

Księżniczka Fiona czyli glinka i spirulina w akcji

Witam w tę upalną sobotę i na wstępie uprzedzam, że dzisiaj będę Was straszyć. Oczywiście nie będę Wam opowiadać mrożących krew w żyłach historii (no chyba, że bardzo chcecie, to dajcie znać), będzie to straszenie czysto kosnetyczno-estetyczne.
Jak wiecie, kilka dni temu dotarła do mnie paczka z ZSK, a niej m.in. zielona glinka i spirulina. O cudownych właściwościach ww nie będę się rozpisywać, bo wszystko elegancko jest przedstawione na stronie sklepu ( o glince zielonej TU, a o spirulinie TU). Korzystając z chwilowej nieobecności TeŻeta, postanowiłam z owych dobrodziejstw skorzystać.
Na pierwszy ogień poszedł peeling, coby ryjek odpowiednio przygotować. Następnie sporządziłam mieszkankę:

    ▪ pół łyżeczki spiruliny
    ▪ półtorej łyżeczki glinki zielonej
    ▪ pół łyżeczki kwasu hialuronowego
    ▪ woda

Początkowo miało być pół na pół, jednak po otwarciu pudełeczka spiruliny aromat był jak dla mnie nie do zniesienia, dlatego nieco zmieniłam proporcje. Papkę nałożyłam na twarz na ok 20 minut, od czasu do czasu spryskując wodą, coby maseczka nie zasychała zbyt szybko. A oto efekt:




Jak tylko wyłoniłam się z łazienki, kot spadł z drapaka i czym prędzej zwiał za kanapę. Hmmmm, dziwna reakcja :D Przez kolejne 20 minut patrzył na mnie bardzo podejrzliwie i za nic nie chciał do mnie przyjść. W sumie się nie dziwię, nie dość, że wyglądałam jak wielki glon, to jeszcze roztaczałam w koło "cudowny aromat" . Ale tuż po zmyciu tej mazi doszłam do wniosku, że warto było, oj warto. Skóra jest po niej gładziutka, jakby bardziej sprężysta, pory zwężone, zaskórniki, które gdzieniegdzie na nosie się zadomowiły są o wiele mniej widoczne. I to już po pierwszym użyciu! Będę systematyczna, 2 razy w tygodniu będę robić tę maseczkę, bo czuję w kościach, że może zdziałać na prawdę wiele.

Używałyście kiedyś spiruliny? Co o niej myślicie??




środa, 4 lipca 2012

Moje pierwsze zamówienie z ZSK

Witam Was Kochane po kolejnej długiej przerwie. Półtora tygodnia temu dopadła mnie okropna angina, kilka dni wegetacji, masa bólu i leków, na szczęście (bardzo) powoli wracam do żywych :)
Wreszcie zdobyłam się na odwagę i zamówiłam półprodukty ze sklepu Zrób Sobie Krem. Od dawna planowałam to zamówienie, ale zawsze było jakieś "ale": a to zbyt mała ilość gotówki, a to czegoś brakowało, a to znów pojawiało się nieśmiałe pytanie czy sobie poradzę? Jednak do odważnych świat należy, jeśli krem mi się nie uda, to w jakiś inny sposób wykorzystam zamówione półprodukty.
Oczywiście nie obyło się bez małej wpadki, zamiast zamówionych 25 sztuk papierków lakmusowych dostałam tylko 10. Miałam nawet zadzwonić do ZSK i poinformować o pomyłce, ale jak zobaczyłam ilość gratisów, jakie mi przysłano, to szczęka mi opadłą i odpuściłam. Mam nadzieję, że ta ilość mi wystarczy, następnym razem zamówię ponownie.
No, ale do rzeczy :D Przepraszam za fatalną jakość zdjęć, ale coś się dzieje z tym moim aparatem, albo ja za bardzo grzebałam w ustawieniach. 

 
 



A na koniec gratisy :)



I co myślicie o tych produktach? Niedługo postaram się coś z nich ukręcić, jak mi cokolwiek wyjdzie to na pewno się pochwalę :)


środa, 20 czerwca 2012

DIY: emulsja do demakijażu

Przepraszam Was za długą nieobecność, ale nieszczęścia chodzą parami. Nie dość, że nawalił komputer, to jeszcze aparat odmówił posłuszeństwa. I o ile komp odżył nieco, tak aparat dalej martwy, więc dzisiejsza notka będzie bez fotek, przynajmniej chwilowo.

Czasami jest tak, że jak chcemy zrobić coś fajnego to nam nie wychodzi. A jak jest nam już wszystko jedno, to coś fajnego robi się samo, często przypadkiem. Tak też było z moim preparatem do demakijażu.
Dawno dawno temu używałam tylko tego, co było reklamowane w tv. Nie miałam pojęcia o życiu, o składnikach kosmetyków tym bardziej. Używałam wielu płynów (mleczek nie lubię) i doszłam do wniosku, że poza ceną niewiele się różnią, więc wybrałam wariant oszczędny - dwufazową Ziaję. Współpraca układała się nieźle, dopóki płyn nie wysuszył na wiór skóry wokół oczu. I to wysuszył tak, że naskórek schodził płatkami. Wtedy zaczęłam się ratować oliwą z oliwek. Skóra doszła do siebie, ale w pewnym momencie zaczął mi przeszkadzać ten tłusty film, jaki zostawiała. No i w końcu porzuciłam oliwę na rzecz sklepowego demakijażysty (powrót do przeszłości). Ale że lubię eksperymentować, to czasem robiłam skoki w bok na rzecz mojej mieszanki do OCM - odrobinę tego na płatek kosmetyczny i bach na oko. Jednak z uwagi na gęstość preparatu trzeba było trzeć, co skutkowało gubieniem rzęs. Więc znowu pokornie wróciłam do kupionego płynu. I tak go sobie używałam do momentu, kiedy moja droga Dark_lady przysłała mi paczuszki z odlewką oleju z orzecha włoskiego, na który miałam straszną ochotę :) (dziękuję Ci bardzo, Kochana :*)

Starej mieszanki miałam resztkę, ale koniecznie chciałam wypróbować nowy olej. Więc postanowiłam dodać jakiś emulgator do tej resztki i zmywać tym twarz, takie pseudo OCM na szybko. Trochę lecytyny HLB 7 plątało mi się po szafkach, więc sypnęłam nieco do olejowej mieszanki (rycynowy, słonecznikowy i lniany), dolałam trochę wody, wstrząsnęłam i .... tak sobie stało jakiś czas. Któregoś dnia, podczas wieczornych rytuałów, buteleczka z emulsją rzuciła mi się w oczy. Nic się nie rozwarstwiło, co było dla mnie niespodzianką, bo w kręceniu czegokolwiek z półproduktów jestem zupełnie zielona. A po pierwszym użyciu zakochałam się bez pamięci. Emulsja rozpuszcza tusz (niewodoodporny) i eyeliner (wodoodporny) w kilka sekund, a co najważniejsze bez tarcia. Przykładam wacik, chwilkę trzymam, dwa razy delikatnie przecieram skórę powiek i voilà, makijażu nie ma.



Plusy tej emulsji:
- nie uczula i nie podrażnia
- nie wysusza
- bardzo dobrze znywa makijaż (nie wiem jak sobie radzi z,wodoodporym tuszem, kiedyś spróbuję i dam znać)
- nie powoduje efektu widzenia przez mgłę
- nie pozostawia tłustej warstwy

Jestem bardzo zadowolona z tego mojego dziwadła, niech ktoś obeznany w temacie się wypowie, czy nie popełniłam jakiegoś karygodnego błędu.


A Wy czym zmywacie makeup?